
Zmiana zapowiadana na 2028 rok brzmi technicznie: przedmiot rozszerzony na maturze trzeba będzie zdać, a nie tylko do niego przystąpić. Dla maturzysty to jedno zdanie w informatorze. Dla uczelni — przesunięcie w całej puli kandydatów, bo znika kategoria osób, które wybierały rozszerzenie bez zamiaru napisania go na jakikolwiek wynik.
Dotychczasowy model opierał się na obowiązku przystąpienia bez obowiązku wyniku. Oznaczało to, że część maturzystów wybierała rozszerzenie strategicznie: nie po to, żeby zdobyć punkty, lecz żeby spełnić formalny warunek. Ich wyniki i tak trafiały do statystyk, ale nie odzwierciedlały realnego przygotowania do studiowania danego kierunku.
Rekrutacja na studia korzysta z tych samych danych. Progi punktowe nie są ustalane odgórnie — powstają z tego, ilu kandydatów zgłosiło się na miejsce i jakie mieli wyniki.
Wprowadzenie progu zaliczenia zmienia skład tej puli. Znikają wyniki najniższe, czyli te, które dotąd ciągnęły średnią w dół i tym samym obniżały granicę przyjęcia. Efekt może być paradoksalny: przy tej samej liczbie miejsc i podobnej liczbie chętnych próg punktowy rośnie, choć poziom przygotowania kandydatów niekoniecznie zmienia się w takim samym stopniu.
Dla osoby porównującej progi z roku na rok oznacza to jedno — dane sprzed reformy i po niej przestają być bezpośrednio porównywalne.
Skala tego przesunięcia zależy od tego, jak wygląda konkurencja na konkretnym kierunku. Tam, gdzie o miejsce ubiega się kilkanaście osób, dolna część rozkładu wyników i tak nie miała wpływu na próg — najsłabsze wyniki odpadały niezależnie od reformy.
Inaczej wygląda sytuacja na kierunkach z niskim progiem, gdzie przyjmowano niemal wszystkich zgłoszonych. To tam brak wyników z dolnej części rozkładu może być najbardziej widoczny, bo próg przestaje być formalnością.
Konsekwencja praktyczna dotyczy sposobu wybierania przedmiotów rozszerzonych. W modelu bez progu można było wybrać rozszerzenie „na wszelki wypadek", zostawiając sobie furtkę na wypadek zmiany planów, i nie ponieść z tego tytułu żadnych kosztów poza straconym czasem na egzaminie.
Po zmianie taka strategia przestaje być neutralna. Niezdane rozszerzenie oznacza problem z samą maturą, nie tylko brak punktów rekrutacyjnych. Wybór przedmiotu staje się decyzją wiążącą, podejmowaną zwykle dwa lata przed egzaminem, czyli w momencie, w którym większość uczniów nie ma jeszcze sprecyzowanych planów.
Warto pamiętać, że rekrutacja nie jest sumą niezależnych decyzji. Jeśli mniej osób decyduje się na rozszerzenie z przedmiotu uznawanego za trudny, zmienia się liczba kandydatów na kierunki, które ten przedmiot wymagają.
Może to działać w obie strony: ograniczyć napływ przypadkowych zgłoszeń albo zawęzić pulę kandydatów na kierunkach technicznych i przyrodniczych, gdzie rekrutacja opiera się na przedmiotach o niższej zdawalności. Który z tych efektów przeważy, będzie widać dopiero po pierwszym roczniku zdającym w nowej formule.
Reforma z 2028 roku jest opisywana jako zmiana zasad matury, ale jej najpoważniejsze skutki pojawią się poziom wyżej — w rekrutacji na studia. Usunięcie z puli wyników osób przystępujących do rozszerzenia bez zamiaru jego zdania może podnieść progi punktowe, szczególnie na kierunkach o niskiej konkurencji, i zerwać porównywalność danych rekrutacyjnych sprzed i po reformie. Dla maturzystów najistotniejsza jest jednak inna konsekwencja: wybór rozszerzenia przestaje być decyzją odwracalną, a podejmuje się go wtedy, gdy o studiach myśli się jeszcze bardzo ogólnie.